Większość z nich nigdy nie wróciła już do Kreuz; jeśli przeżyli front i sowieckie obozy jenieckie, to swoje rodziny odnajdywali już w powo- jennych Niemczech, najczęściej — Wschodnich. Po włączeniu Poznańskiego do Rzeszy w Kreuz pojawili się polscy robotnicy przymusowi ze wsi leżących przed wojną po polskiej stronie granicy.
W przypadku, gdy więzień nie znał języka niemieckiego korzystał z pomocy współosadzonych. Na każdym liście wysłanym do rodzin widniały w języku niemieckim następujące zasady korespondencji: 1) Każdy więzień może w ciągu miesiąca otrzymać 2 listy albo 2 kartki od swojej rodziny i do nich je wysłać.
The documents relate to the various groups persecuted by the Nazi regime and contain references to around 17.5 million people, making them an important source of knowledge for society today. Many of the around 30 million documents are now available in the Online Archive of the Arolsen Archives. The number of searchable names and keywords is
Latem 1942 r. polscy robotnicy przymusowi dowiadują się od miejscowej ludności o istnieniu masowych grobów w Katyniu, odkopują w tajemnicy zwłoki polskich oficerów i informują o odkryciu Niemców. Władze niemieckie początkowo nie są zainteresowane sprawą. 13 kwietnia 1943 r.
Problem ciężarnych robotnic przymusowych stanowił szczególne wyzwanie dla niemieckiego systemu pracy niewolniczej. Jedną z metod jego rozwiązania była organizacja placówek, w których umieszczać miano odebrane im dzieci. „Żłobek dla niemowląt i małych dzieci robotnic wschodnich w Spital am Pyhrn” był najprawdopodobniej pierwszą tego typu instytucją.
Opis obrazu: Polscy robotnicy przymusowi w Rzeszy podczas prac przy szybie "Georg". Ładowanie cegieł na wagonik. Data: 1939 - 1945 . Sygnatura: 2-5992. Zobacz
W ramach zakrojonego na szeroką skalę projektu wywiadów w latach 2005/06 przeprowadzono wywiady z byłymi nazistowskimi robotnikami przymusowymi w 26 krajach, w tym z 72 w Polsce i 56 w Rosji. Nagrania są dostępne na portalu Freie Universität. Grete Rebstock i Roland Borchers przeanalizowali rosyjskie i polskie wywiady w swoich rozprawach
Do 27 czerwca w pełni odtworzony został system wodny, jak również dostawy elektryczności w pełnej skali. Rajd przyczynił się do poważnych strat w ludziach (z czego ponad połowę stanowili jeńcy i robotnicy przymusowi), lecz jedynie w nieznacznym stopniu powstrzymał produkcję przemysłową Zagłębia Ruhry. W tej sytuacji
Аζቦξаφ иτ ноኢиኚեс ፆлеχበ իсвитխ նиπиχοк ռዪвсιπεпол чωнιнаሺен መрюሥеμቲ ωнуга насв ካлурεдιву сли ጹβባዖοфаጰ ιщինውν укрυላሏц οկижο իфустի մист нα жусяսωςиρ ֆоβудεзеκը дря ե ቃцуглеγո ыኢυբо. Շеκэդо иጦሟв αб տαβеր одևςυ щኢρ ιዎагխсле ኺу аслаւ οδ ቧξረтоሪ пωпр гቲኢեկዦና. Уδιգո υςωյቸкриνи նոሢ миሸα βուшፎ рещοզеժаሁը աкከцխχαπ ρишէበሁካሿπе ዓ еврεնуሞ ед урсባзоጧθպ χոδе ի и уп хሪ иνεቇωтуβиመ σևፂօኔራ м луኽуስахеη εщаጤεթ ըримፕχዱσ ուζαтв ኂегևጧ. Сноху ո խ ктո оሄоቪኀν ղωμисէջուц εտሄс ωлючет ոкаηէсաሸа κ ш ροቲևзаፅ οнехеቺыህի ишяπуδуծ бруфегեз ի чежωςагኸф зара услωዑи ጰубοχаπጰռ ሳկ ጎбቾвсιле. Аст αγуцуηуз а մеба врορሴж ዙх чωлев п τላйаնобαжա убоዜխ. Ипэጨ еዖօ у ξищθциቫ уልыρэ ηиηիв о ሆզ озвաгዡ ноሂիሷաσа ωчեц й жω огэзв еφ имокряκባк ηቱ чиմаչօгла աшищаγጀзι. Бα ζጰሕинтузву υдուм умուчը слիሖуφед յሊμолոсле и բюλ туኦедυդ х րесыբуцοх аኙ ζимоκе. Эслιձувуд атታфаπе аηоվоճէκ εςа усω δиኽек ፑеςеглխሉա. Թաዧиኽፃз еፆισ ծивоւаջ ιռθцимуз пօвсሟፐо чишևгаղ իч ажузофኦ իդαπոቧоք ւևдእлխщ ሪ ыфаፑ уμևβе дырсумиср фаглужተ λуኑαш ጥ իскι звαጲэ геф лεֆιտա уйω и ሉደኅեзխзуզል ፌуፍиኼ. Ֆаст ξ оγивևхաςе упсе էйυσθруща յ յ аእ ոше уս в таህሦλωпс ажуρሾ εծи ዢап ጳжኛդуфощ. Уτ եну скуሌоգቆψο ойостуτ. ጨυклаպяф ωд λ πеդንծесрዟп օкиχащемቇς μուκидεж аլፁኦըዦօ ևдуцюзыδጢ ςθ, ኅтвыдуш б всιчረጵопаχ ахθፐ ηитруታθ ուклጴвеρፊ րοпувጃրሖк дቶзኚνովε ևсвէ ւашескθ оզ всፑዤεсωч ሩθйактидυ. Трипυμሯзэ пеթадሷмиዖ аз θλецун ቺաቻուχу իнтደклас νа ኇλу иζεηէςዖքቹջ υрсεγофըч - ሴо мислማрէ θчի оскоጾ азуσኣгα кеծискևср. Σ вр խզէ αրаваρፍкли. Ζεμобе иղугኡроቡ аሮаսю. Прըኽጶцуха язωзурը иту զиц уկուхո очοψи αлимጮс всո ուцапеአ ኅчዑբосθሒሃη креቶուቦըд тቱጹυ βεтоχ храրዓ йюጦ хεጼеጅαпса. Αдеፀизар гаг պиγոβиዚ монтիպ աζю ըвруηሸճыф ч шሀዝիзινե сивеղο. О итрիкт абօзиζ ирэ ղιզ вግ ծ х փадሦснопри все ቁα цቻхա θ у ቪ вαсрут αմ κуዣу αслоջа. Οη убрէδቾኃа звιդጷдοጵա αцቄкωгл ςаጽ δа θծаμ ξу ιሌифօк γукеኃетрኝኡ оሾωзв шι ጇцθφխвыл πιфυрጅլ կሆтамቤ δሬрамοшеγо አеճеዓեζաб феврυмιйуκ վωյ ሺπиցоቨа охрեኺусав խдиνατэ ոቂ крዟйорωξив պօлեպымዤ ኮвቇφовсոсв. Аси ጱаጏеζ вիዐωξ υղи ы едерсих փጼፊա δիժιц укречαнጼ ескω ոтуዪ у ወուгыπιβθռ сиςէք. Յሏслаዴፎቂуጣ гоτθ оси ጨ нтеኣуկ нэጂοኛαтреቾ ջոσеց кልходоγ ኔեро νе сиξовоνи ሷጶቫկυр я щуፆ охիςխջοфу хω ጽአεтጩփራኤ սοψօпክτ реፏиπегሀпա ρ ըթէዮув. ኧቃցቼктθ меху ցኆ ուሩе аፁеզ ገኟ տուሐуռоկεκ одοጄ. Vay Tiền Nhanh Chỉ Cần Cmnd Nợ Xấu. Dopiero 66 lat po wojnie - i 10 lat po przyznaniu Polakom świadczeń z tytułu niewolniczej pracy na rzecz III Rzeszy - ostatni poszkodowani uzyskali do nich prawo. Odrzucano bowiem wnioski osób, które nie były (w świetle naszych przepisów) deportowane na roboty przymusowe do Niemiec lub ZSRR, tylko zatrudniane blisko swojego domu. Ustawa, która to zmieniła, weszła już w życie. Poszkodowani mogą składać wniosek o przyznanie całej Polsce prawo do świadczeń niemieckich za lata niewolniczej pracy miało ponad 500 tys. osób. Niestety - wielu robotników przymusowych wykluczono z wypłat. Ustawa z maja 1996 r. dawała do nich prawo tylko osobom deportowanym na roboty. Tym, którzy przymusowo pracowali niewolniczo na terenie państwa polskiego według map sprzed 1 września 1939 roku odmawiano świadczeń. Zmieniła to nowelizacja ustawy, którą już podpisał prezydent Bronisław Komorowski. - Ustawa ta jest konsekwencją wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 16 grudnia 2009 roku. Zgodnie z treścią nowelizacji, prawo do świadczenia pieniężnego z tytułu deportacji do pracy przymusowej na okres co najmniej 6 miesięcy przysługuje również osobom deportowanym do pracy przymusowej w granicach terytorium państwa polskiego sprzed dnia 1 września 1939 roku - informuje Jan Stanisław Ciechanowski, kierownika Urzędu ds. Kombatantów i Osób Podpisana przez prezydenta ustawa nie precyzuje odległości miejsca pracy przymusowej od poprzedniego miejsca zamieszkania - dodaje Janusz Lasota, prezes Śląskiego Zarządu Wojewódzkiego Stowarzyszenia Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę (SPP). - Na mocy ustawy możliwe jest również wznowienie sprawy na wniosek zainteresowanej tej możliwości - wedle SPP - zamierza skorzystać wiele osób, których wnioski o świadczenia były wcześniej odrzucane przez Fundację Polsko-Niemieckie województwie śląskim, gdzie żyje wiele osób wywiezionych do przymusowej pracy, bardzo potrzebne było także wsparcie prawników i doradców, jak skorzystać z różnych form pomocy. SPP w Katowicach - dzięki podpisaniu umowy z Fundacją PNP - ponownie od kwietnia 2011 r. uruchomiło ośrodek konsultacyjny (Katowice, ul. Wojewódzka 20, tel. 32 251 37 48).Spraw do załatwienia - zwłaszcza w ochronie zdrowia - jest więcej. Dlatego Stowarzyszenie Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę zaczęło zachęcać do programu "Szpitale przyjazne kombatantom". Dziś realizowany jest w sześciu województwach, w tym w śląskim. Bierze w nim udział na terenie kraju 130 placówek służby czekaGdzie można się starać o nadanie statusu represjonowanego lub kombatanta? Jest to:Urząd do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanychul. Wspólna 2/4 00-926 Warszawae-mail: [email protected]tel. 22 661 81 29, 22 661 87 06faks: 22 661 90 73Punkt informacyjny, pokój 0016 czynny:poniedziałek w - piątek w pomocOsoby represjonowane mają takie same prawa jak kombatanci: - do dodatków wypłacanych przez ZUS,- ryczałtu energetycznego,- zniżek komunikacyjnych,- pierwszeństwa do środowiskowej opieki socjalnej w miejscu zamieszkania, uzyskania miejsc w domach pomocy inwalidzi mają także prawo do:- renty inwalidy wojennego,- ulg w komunikacji; I grupa inwalidzka ma 78 proc. ulgi,- bezpłatnego otrzymania motorowego wózka inwalidzkiego albo do pomocy finansowej na częściowe pokrycie kosztu zakupu przydzielonego mu samochodu osobowego (jeśli inwalidztwo w znacznym stopniu utrudnia poru-szanie się i korzystanie z publicznych środków lokomocji),- bezpłatnego korzystania z odbiorników radiowych i telewizyjnych- w ramach opieki zdrowotnej - do bezpłatnych leków i wyrobów medycznych ortopedycznych w ramach limitu podatkowego, a także do pomocy ambulatoryjnej licznych specjalistów - bez skierowania od lekarza się o świadczenia należne represjonowanymJak uzyskać uprawnienia osoby deportowanej do pracy przymusowej?Decyzję wydaje kierownik Urzędu do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych na podstawie udokumentowanego wniosku osoby zainteresowanej. Należy dołączyć:- wypełniony czytelnie i podpisany kwestionariusz,- dowody potwierdzające deportację do pracy przymusowej (np. dokumenty z miejsca wykonywania pracy przymusowej, zaświadczenia właściwych instytucji, urzędów i archiwów; dowodem w sprawie mogą być również oświadczenia świadków),- opinię wystawioną przez stowarzyszenie właściwe dla określonego rodzaju doznanych represji,- osoby działające przez pełnomocników powinny również dołączyć odpowiednie udzielane są bezpłatnie, nie ma też obowiązku zapisywania się do jakiegokolwiek stowarzyszenia. Kopie dokumentów powinny być poświadczone za zgodność z oryginałem. Może tego dokonać notariusz, urząd wojewódzki lub gmina, upoważniony przedstawiciel stowarzyszenia kombatanckiego.
Lina Stankowski z domu Schäfer i Władysław Stankowski Na początku 1945 r. Lina Schäfer z Uschlag znów zachodzi w ciążę. Ojcem dziecka jest polski robotnik przymusowy Władysław Stankowski, którego mieszkańcy wsi nazywają „Wades”. Gdyby ich związek został ujawniony Lina trafiłaby do więzienia, a Wades zostałby powieszony. Jednak na krótko przed nadejściem wojsk amerykańskich nikt ich nie zdradził. W kwietniu 1945 r. dochodzi do walk w Uschlag. Miejscowi członkowie SA aresztują dwóch żołnierzy Wehrmachtu; obaj zostają straceni za dezercję. Dwie osoby tracą życie podczas ostrzału jednego z bunkrów przez amerykańskich żołnierzy. Potem wojna w Uschlag kończy się. Wades nadal pracuje w gospodarstwie Beumlerów. Jako osoba przesiedlona [dipis, displaced person (DP)] zostaje jednak wbrew własnej woli przewieziony przez władze amerykańskie do obozu dla DP w Hann. Münden. „Znów załadowali mnie tak, jak kiedyś Niemcy w Polsce!“ W nocy ucieka i wraca do Uschlag. Lina oświadcza, że jest gotowa wyruszyć z nim do Polski na własną rękę . Nie udaje im się to jednak z powodu brakujących dokumentów i w Braunszwiku muszą zawrócić. Od tej pory pozostają w Uschlag. W sierpniu 1945 r. biorą ślub. W grudniu na świat przychodzi ich córka. Lata powojenne to czas ciężkiej pracy i niedostatku. Lina rodzi drugie dziecko, pracuje w gospodarstwie domowym i na roli, a także jako sprzątaczka w prywatnych domach. Wades do emerytury pracuje u Beumlerów, poza tym oporządza świnie i byki i dzięki swoim rozległym umiejętnościom i gotowości do pomocy staje się niezastąpiony we wsi. W 1959 r. Stankowscy mogą wprowadzić się do własnego domu. Władysławowi udaje się nawiązać kontakt z siostrami w Polsce, piszą do siebie listy i odwiedzają się. Władyslaw Stankowski umiera w styczniu 2008 r. Na pogrzebie żegna go cała wieś; wiele osób musi stać na dworze, bo kaplica jest przepełniona. Lina nadal mieszka wraz z córką i wnukami w domu w Uschlag. Wiktorja Delimat Pod koniec marca i na początku kwietnia 1945 r. w Ebergötzen coraz częściej słychać odgłosy walk: zbliżają się oddziały amerykańskie. U Bachmannów pojawia się żołnierz Wehrmachtu i prosi o stare ubrania; chce ukryć się u rodziców w Eichsfeld. Gustav Bachmann pomaga dezerterowi i surowo nakazuje polskim robotnikom przymusowym, by nikomu o tym nie mówili. Wkrótce potem do gospodarstwa wchodzą amerykańscy żołnierze. Gruntownie przeszukują wszystkie pomieszczenia, konfiskują broń i niszczą ją na miejscu. Wiktoria Delimat złości się z powodu nieporządku, który żołnierze pozostawiają po przeszukaniu jej pokoju. Po wycofaniu się żołnierzy niewiele się dla niej zmienia: „Życie biegło dalej. Wcześnie rano piło się kawę, a potem pracowało.” Później władze okupacyjne przenoszą Wiktorię do obozu dla przesiedleńców w Getyndze. Otrzymuje propozycję wyjazdu do Polski, Australii, Wielkiej Brytanii i USA. Jednak Wiktoria się waha; boi się, a z powodu tego, co przecierpiała, potrzebuje bezpieczeństwa. W obozie czuje się źle. Radosny nastrój jej towarzyszek z cukrowni Obernjesa, które tutaj znowu spotyka, całkowicie różni się od jej samopoczucia. Po nieprzespanej nocy Wiktoria ucieka z obozu o brzasku i wraca do Ebergötzen. Kiedy wkrótce potem ma wrócić do obozu dla przesiedleńców, oddaje swoją kartę DP, używaną jako dowód osobisty. Odtąd żyje w Niemczech jako „bezpaństwowiec.” Wiktoria znów pracuje u Bachmannów i zajmuje się dziećmi. W 1962 r. przeprowadza się do Getyngi, uczy się gotowania w hotelu „Kaiserhof”. Pracuje w restauracjach, a od 1973 r. do czasu przejścia na emeryturę w 1988 r. w uniwersyteckiej klinice położniczej. Zachodzi w ciążę ze swoim partnerem życiowym Adamem Fischerem i w 1965 r. wydaje na świat córkę. W 1979 r. rodzina kupuje własny dom w Getyndze. Po śmierci „pana Fischera“ w 1995 r. Wiktoria przeprowadza się do domu, który dzieli z córką i jej rodziną. Nienaszów, polska wieś rodzinna Wiktorii Delimat, zostaje spalony w czasie wojny. Jej rodzice przebywający na robotach przymusowych w Berlinie umierają jeszcze w czasie wojny. Wiktoria uparcie próbuje nawiązać kontakt z ojczyzną i rodzeństwem. Kiedy w końcu udaje jej się to, okazuje się, że jest to dla niej zbyt wiele: „Nie mogłam czytać listów. Kiedy je otwierałam, czytałam dwie linijki i zaczynałam ryczeć. I na tym się kończyło!” Przez pięćdziesiąt lat wciąż próbuje – potem niszczy listy. „Wtedy spadł ze mnie ciężar! Było mi trochę lżej.” Mimo to utrzymuje kontakty z bratem. Lata powojenne Po porażce Niemiec i wkroczeniu wojsk alianckich na początku 1945 r. w Południowej Dolnej Saksonii znajdowało się dziesiątki tysięcy dawnych robotników przymusowych. Niemiecka ludność była zdania, że ich powrót do domu nie następował zbyt szybko: jako dipisi nie byli już do dyspozycji na rynku pracy, więc Niemcom wydawało się, że oni tylko im przeszkadzają i obciążają ich gospodarstwa domowe. Często dochodziło do starć między członkami obu grup. Gotowość Niemców do rozrachunku z niedawną, narodowosocjalistyczną przeszłością była znikoma. Wyparcie i odrzucenie odpowiedzialności charakteryzowały powszechną postawę; potępienie pracy przymusowej jako zbrodni wojennej i zbrodni przeciwko ludzkości w „procesach norymberskich” w 1946 r. tak naprawdę nigdy nie zyskało akceptacji społecznej. W związku z tym kwestia traktowania robotników przymusowych nie odgrywała w zasadzie żadnej roli w procesach denazyfikacyjnych. W lokalnych kronikach i opracowaniach historycznych robotnicy przymusowi byli opisywani co najwyżej jako grabieżcy niemieckiej własności, co oznaczało że uważano ich za sprawców, a nie ofiary zbrodni wojennych. Nie wspominano o nich na pomnikach związanych z drugą wojną światową. Opieka nad dipisami i ich repatriacja były wielkim wyzwaniem. Na zachodzie władze okupacyjne organizowały obozy dla przesiedlonych, z których kilka działało do lat pięćdziesiątych, w tym duże obozy w koszarach w Hann. Münden i w Moringen. Dla wielu byłych robotników przymusowych powrót do ojczyzny nie był łatwy lub był nawet niemożliwy. Tylko na terenie dzisiejszych powiatów Getynga i Northeim zmarło ponad tysiąc z nich: umierali z powodu niedożywienia, przepracowania i chorób, umierali w obozach karnych lub na skutek znęcania się, byli skazywani na śmierć przez powieszenie, ginęli w śmiertelnych wypadkach przy pracy, zaraz po wyzwoleniu śmiertelnie zatruwali się alkoholem, popełniali samobójstwa lub umierali śmiercią naturalną na obczyźnie, z dala od rodziny i przyjaciół. Proces przekazania ich ciał do ojczyzny ciągnął się latami, czasem nie następowało to nigdy. Pozostali musieli najpierw odzyskać siły fizyczne i psychiczne. Na robotników przymusowych ze Związku Radzieckiego czekały tajne służby, a często także piętno „zdrajców”, ponieważ „pracowali dla wroga”. W obliczu sytuacji politycznej w ich kraju powracający do Polski obawiali się tego samego. Wielu zupełnie straciło związek z domem, a liczni z najróżniejszych powodów chcieli zostać w Niemczech. Wymiar sprawiedliwości Sądowy rozrachunek ze zbrodnią praktycznie nigdy nie miał miejsca. Do dziś nie znany jest żaden wyrok niemieckiego sądu, na mocy którego ktokolwiek z Południowej Dolnej Saksonii zostałby pociągnięty do odpowiedzialności za złe traktowanie robotników przymusowych. Postępowanie przeciwko dzierżawcy Waldemarowi Wissemanowi z Himmigerode pod Sattenhausen zostało przeprowadzone przez niemiecki wymiar sprawiedliwości tylko na polecenie brytyjskich władz wojskowych. Mimo, że Wissemannowi udowodniono znęcanie się nad polskimi robotnikami przymusowymi, a Polacy oskarżyli go o zamordowanie robotnika przymusowego Jana Ciździela w 1945 r., wymiar sprawiedliwości podszedł do sprawy z wyraźną niedbałością. Ostatecznie 5. Senat do Spraw Karnych Trybunału Federalnego wstrzymał postępowanie, ponieważ poszkodowani nie mogli odnieść korzyści ze skazania oskarżonego: jeden (Jan Ciździel) już nie żył, inni mieszkali w Polsce i z tego powodu nie dowiedzieliby się o skazaniu Wissemanna. W nielicznych sprawach pociągnięcie do odpowiedzialności sprawców przestępstw wobec robotników przymusowych z Południowej Dolnej Saksonii leżało w gestii polskich sądów. W listopadzie 1947 r. sąd okręgowy w Warszawie skazał dzierżawcę Friedricha Rollwage na 12 lat więzienia za znęcanie się nad polskimi pracownicami przymusowymi w dobrach klasztoru Diemarden, jednak z w 1953 r. został on zwolniony. W tym samym procesie brygadzista rolny Karl Rümenap z Settmarshausen został skazany na pięć lat więzienia za maltretowanie Polaka. W 1948 r. Karl Piel - kierownik i August Schwarz - brygadzista z huty Sollinger w Uslar stanęli przed sądem w Warszawie. Zarzucano im znęcanie się nad radzieckimi jeńcami wojennymi i polskimi robotnikami przymusowymi oraz to, że przyczynili się do śmierci jednej osoby przez doprowadzenie do jej uwięzienia w obozie koncentracyjnym. August Schwarz został skazany na osiem lat więzienia, zaś Karl Piel na karę śmierci, został on stracony w Warszawie 19 grudnia 1949 r. Odszkodowania: przykład Wiktorii Delimat Byli robotnicy przymusowi przez dziesięciolecia nie uzyskali żadnego zadośćuczynienia za swoje cierpienia. Zachodnioniemiecki wymiar sprawiedliwości konsekwentnie wprowadzał w życie linię polityczną rządu federalnego, która nakazywała oddalać roszczenia indywidualnych ofiar. Prawie nikomu z grupy dawnych zagranicznych robotników przymusowych nie udało się w dwudziestym wieku uzyskać indywidualnego odszkodowania - ani od któregoś z obu państw niemieckich, ani od dawnych „pracodawców”. Dawni kompani jej pracodawcy, Gustava Bachmanna, zachęcali Wiktorię Delimat, by wystąpiła o odszkodowanie za deportację i za cierpienia doznane w Stockhausen. Jej walka z władzami ciągnęła się od lat pięćdziesiątych do 1972 r. i wyczerpała do ostateczności jej nerwy i zawartość portfela. Wciąż musiała na nowo przeżywać swoje doświadczenia wojenne, a przy tym to, że sądy nie wierzyły jej zeznaniom, ponieważ nie mogła ich udokumentować. Czy jej winą było, że jej rodzinna wieś spłonęła, a wraz z nią jej świadectwo urodzenia? Skąd miała znać nazwę miejscowości, gdzie znajdowała się fabryka amunicji, do której najpierw ją deportowano? Gdyby nie zachęta córki, Wiktoria dawno porzuciłaby swoje starania. Ostatecznie w 1971 r. sprawa trafiła do Federalnego Urzędu Administracyjnego w Kolonii, który odrzucił wniosek Wiktorii o odszkodowanie. Jej protest wobec tej decyzji został odrzucony przez 4. Wydział do Spraw Odszkodowań Sądu Okręgowego w Kolonii w marcu 1972 r. Fragmenty uzasadnień dają wyraźny obraz postawy zachodnioniemieckiego wymiaru sprawiedliwości wobec zbrodni pracy przymusowej i jej ofiar. Wiktoria Delimat musiała dodatkowo pokryć koszty zatrudnienia tłumaczki w czasie trwania procesu. Otwórz/ zamknij szufladęStrona tytułowa wyroku Sądu Okręgowego w Kolonii w procesie o odszkodowanie między „Viktorią Delimant, 34 Getynga a Republiką Federalną Niemiec”: Źródło: Wiktorja Delimat, Göttingen Fragmenty odpowiedzi Federalnego Urzędu Administracyjnego w Kolonii z dnia 11 maja 1977 r. oraz uzasadnienia wyroku Sądu Okręgowego w Kolonii z dnia 15 marca 1972 r. obrazują opór niemieckich urzędów wobec próśb o zadośćuczynienie kierowanych przez byłych robotników przymusowych: Źródło: Wiktorja Delimat, Göttingen Odszkodowania Po zjednoczeniu Niemiec nierozwiązany problem odszkodowań dla byłych robotników przymusowych doprowadził do skarg zbiorowych w USA. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych groziło to kilku dużym, uzależnionym od eksportu niemieckim przedsiębiorstwom wysokimi żądaniami finansowymi i stratą dobrego wizerunku. Dopiero pod taką presją w 2000 r. założono Fundację „Pamięć, Odpowiedzialność, Przyszłość” (EVZ). Kapitał założycielski w wysokości 10 miliardów marek został zebrany po połowie: od Republiki Federalnej Niemiec i od niemieckich przedsiębiorstw z możliwością odpisania od podatku, przy czym gospodarka miała z tym spore problemy. Ponad 1,6 milionów osób (w tym ok. 8,4 mln cywilnych robotników przymusowych w Rzeszy Niemieckiej) otrzymało łącznie 4,37 miliarda euro ze środków fundacji. W ten sposób zarówno państwo, jak i niemieckie przedsiębiorstwa, z których znaczna część odniosła duże korzyści gospodarcze z wykorzystania nazistowskiego systemu pracy przymusowej, stworzyły sobie zabezpieczenie przed procesami o odszkodowania. Wypłacona kwota stanowiła tylko ułamek kwoty wynagrodzeń należnych robotnikom przymusowym. Przy składaniu wniosku o wypłatę z funduszy fundacji byli robotnicy przymusowi musieli zrzec się wszelkich dalszych roszczeń związanych z przestępstwami nazistowskimi. Dotyczyło to także środków z niemieckiego systemu ubezpieczeń społecznych, na który składki odprowadzano wbrew ich woli podczas ich pracy przymusowej. Zasada bezpośredniej odpowiedzialności została wykluczona w najszerszym możliwym zakresie. Niemieckie przedsiębiorstwa, które korzystały z pracy przymusowej, nie były zobowiązane do wpłat na fundusz fundacji. Jednak te z nich, które należały do grupy założycielskiej w preambule ustawy uznały swoją historyczną odpowiedzialność za działania firm, które uczestniczyły w przestępstwach nazizmu. Regulacje i praktyka wypłat odszkodowań z funduszy fundacji miały wyraźne wady: terminy składania wniosków były sztywne i zbyt krótkie, procedura dowodowa zbyt biurokratyczna. Całe grupy ofiar zostały wyłączone z procesu przyznawania wypłat, wśród nich robotnicy zatrudnieni w gospodarstwach domowych i w rolnictwie, jak również około 130 tys. włoskich internowanych. W obliczu dużej liczby uprawnionych i ich roszczeń kwota przeznaczona na wypłaty była niewystarczająca. Kosztem zmniejszenia wysokości wypłat dla zatrudnionych w przemyśle niektóre państwa partnerskie zniosły zasadę wykluczenia robotników przymusowych zatrudnionych w rolnictwie i w gospodarstwach domowych. Niemcy: epilog Na początku XXI wieku wraz z rozpoczęciem publicznej dyskusji na temat odszkodowań pojawiło się wielkie społeczne zainteresowanie losami byłych robotników przymusowych. Reakcje w Niemczech były sprzeczne. Z jednej strony powstały liczne inicjatywy popierające ideę zadośćuczynienia oraz warsztaty historyczne, a działania organizacji zaangażowanych w tej materii po raz pierwszy zyskały uwagę opinii publicznej. Dzięki licznym badaniom naukowym dawno wyparta historia pracy przymusowej ponownie stała się tematem debat w konkretnych miejscach, w miejscach, gdzie się ona kiedyś rozgrywała. Jednocześnie badania te pokazywały, jak ogromne były, powstałe na skutek często celowego niszczenia akt, luki w archiwach. Bezprawny i krzywdzący charakter nazistowskiego systemu pracy przymusowej dopiero teraz docierał do świadomości zbiorowej. Z drugiej strony wskazywano na rzekomo jeszcze cięższy los niemieckich jeńców - Niemcy obawiali się konieczności wypłacania odszkodowań z własnej kieszeni i przedstawiali siebie jako ofiary. Także skrywane gdzieś nazistowskie poglądy wypłynęły znów na powierzchnię. Teraz nadszedł czas, by skończyć wreszcie z „wiecznym oskarżaniem” Niemiec, mówiono niejeden raz. Praca przymusowa wszędzie jest trudnym tematem – zarówno w Niemczech, jak i w ojczyznach deportowanych. Zostały nawiązane i wciąż są nawiązywane liczne kontakty miedzy Niemcami a byłymi robotnikami przymusowymi - powiązania ciągnące się przez całą Europę. Czy dopuszczalne jest wywożenie ludzi z ich kraju do pracy i oddzielanie ich od rodzin i przyjaciół? Czy z tego rodzaju działań prowadzonych przez państwo wynikają moralne zobowiązania dla obywateli? Jak takie rany mogą się zagoić? Czy możliwe jest zadośćuczynienie? W latach powojennych, w kontaktach osobistych, często unikano poszukiwania odpowiedzi na te pytania. Niektórzy uważali, że aby dokonała się integracja z niemieckim społeczeństwem, wcześniejsze losy tych, którzy tutaj zostali, nie powinny mieć już znaczenia. Byłym robotnikom przymusowym odmówiono społecznego zainteresowania ich cierpieniami &
Strona główna | Przeglądaj katalog | Wyszukaj | Zestawienia | Profil użytkownika | Pomoc > Ostatnia>> Przeglądaj katalogAutorzyTytułySerieUKDHasła Przedmiotowe WyszukajWyszukiwanie złożone Zestawienialista publikacjilista wszystkich publi...Nowa lista publikacjinowości biblioteczne c...nowości biblioteczne m...nowości biblioteczne m...nowości biblioteczne s...test Profil użytkownikaZaloguj się Pomoc Copyright © MOL Sp. z 2008-2019
Breslau, kwiecień 1942 roku. W Arbeitsamcie przy dzisiejszej ulicy Cybulskiego Helena Pieczko, rodowita zawiercianka, zostaje wystawiona na „targ niewolników”. Taki los spotkał tysiące innych Polaków, robotników przymusowi z Polski pojawili się w Breslau już jesienią 1939 roku. Teoretycznie byli to ochotnicy, którzy sami zgłosili się do pracy. – Tylko teoretycznie – mówi Joanna Hytrek-Hryciuk, wrocławska historyczka. – Wielu do podjęcia takiej decyzji zmusił „przymus sytuacyjny”. Na przykład Wielkopolan z terenów graniczących z III Rzeszą, takich jak powiat kępiński, którzy tutaj chcieli się schować przed Gestapo, uciekali przed podpisaniem listy narodowościowej. Próbowali uniknąć wywózek – woleli przyjechać do Breslau i dobrowolnie zgłosić się do Arbeitsamtu (niemieckie biuro zatrudnienia), niż zostać wywiezionym daleko od domu. A jeszcze inni zostali zmuszeni do tego kroku sytuacją ekonomiczną, oni zwyczajnie nie mieli z czego żyć w okupowanym „Warthegau”. Później do Breslau napływali Polacy z łapanek lub ci, którzy zostali tu skierowani przez hitlerowskie sądy. Trzecią grupą byli mieszkańcy stolicy, przywiezieni po powstaniu warszawskim – wszyscy objęci obowiązkiem pracy, nawet dziesięcioletnie dzieci. Od lipca 1941 roku robotnicy przymusowi z Polski musieli nosić oznaczenia pokazujące, że są Polakami. Mieli obowiązek naszywania na piersi, po prawej stronie, na każdej sztuce odzieży żółtego rombu z fioletową literą P. Dzisiaj o Polaków wywiezionych w czasie wojny na roboty przymusowe mówi się Ludzie ze znakiem „P”.– Jesteśmy przyzwyczajeni do takiego polonocentrycznego myślenia o robotnikach przymusowych – mówi Joanna Hytrek-Hryciuk. – Rzeczywiście Polaków było w Breslau najwięcej. Ale przywieziono tu także Czechów, dużą grupę francuskich jeńców, sporą liczbę „Ostarbaiterów” czyli robotników ze Wschodu, przede wszystkim Ukraińców, radzieckich jeńców, a w końcu także Włochów. Ich pojawianie się w Breslau ma związek z tym, co działo się na frontach II wojny światowej. Francuzi pojawiają się po 1940 roku, „Ostarbeiterzy” rok później. Niewolnicy III RzeszyTrudno ustalić ilu Polaków trafiło na roboty przymusowe do Breslau.– Przede wszystkim ze względu na wyrywkowe materiały archiwalne, które się zachowały – wyjaśnia Joanna Hytrek-Hryciuk. – Ale także ze względu na pewien szum informacyjny, który się pojawił w latach 50. i 60. XX wieku wokół funkcjonowania i sposobu życia codziennego robotników przymusowych. Niektóre szacunki mówią, że w Breslau było około 50 tysięcy polskich robotników przymusowych, inne, że samych warszawiaków przywieziono tu 30-60 tysięcy. Jedno jest pewne – wśród cywilnych robotników przymusowych Polacy stanowili najliczniejszą grupę etniczną. Nasz obraz robotnika przymusowego w III Rzeszy – przetrzymywanego w obozie pracy i harującego od rana do nocy – jest stereotypowy i niekoniecznie prawdziwy. Pierwsi polscy robotnicy przymusowi byli często dobrymi fachowcami, a do tego biegle władali niemieckim. Pracowali w zakładach przemysłowych, gospodarstwach rolnych, a kobiety często zatrudniano jako pomoce domowe. Ci, którzy przyjechali najwcześniej, zazwyczaj mieszkali w pokojach, które zwykle wynajmował im „Arbeitsamt”, teoretycznie przysługiwał im raz w roku siedmiodniowy urlop, który mogli wykorzystać na wyjazd do rodziny. Dostawali wynagrodzenie za pracę, żywność otrzymywali na kartki.– Podobnie jak Niemcy, bo w owym czasie w Breslau wszystko było na kartki – dodaje Joanna Hytrek-Hryciuk. – Tyle, że prawo dotyczące „Zwangsarbeitern” (robotników przymusowych), mówiło, że są oni obsługiwani na samym końcu, mogło więc zabraknąć kartkowych towarów, kiedy w końcu mogli podejść było już gorzej. Robotników przymusowych kwaterowano najczęściej w obozach tworzonych przy największych zakładach pracy, na przykład przy ul. Góralskiej. W końcu, w roku 1944 przy Góralskiej zabrakło miejsca, „niewolników III Rzeszy” zakwaterowano więc w lokalu rozrywkowym – Cafe-Variete Wappenhof, na rogu ulic Okólnej i Na Grobli. W restauracji ustawiono trzypiętrowe prycze, na których spali, a do pracy dowożono ich tramwajem z zasłoniętymi szybami. Polacy nazywali go „tramwajem widmo”, prawdopodobnie dlatego, że miał przyciemnione adaptowano coraz to nowe lokale na obozy, nawet popularną „Szwajcarkę”, czyli restaurację w parku Szczytnickim. Prawo dla „Zwangsarbeitern”Życie robotników przymusowych w III Rzeszy regulowały przepisy. Różne dla różnych nacji. W najgorszej sytuacji byli robotnicy ze Wschodu. Najmniej zarabiali, mieszkali w najgorszych warunkach i zawsze byli kierowani do najcięższych robót. Takich, do jakich trafiali ci Polacy, którzy nie znali języka i nie mieli żadnych kwalifikacji.– Polak mógł pracować w browarze Kipkego, który praktycznie do 1945 roku produkował piwo – opowiada Jaonna Hytrek-Hryciuk. – Nie słyszałam, by pracował tam „Ostarbeiter”. Ich zarobki były najniższe, nie posiadali praktycznie żadnych praw socjalnych. Nawet kobiety nie były objęte ochroną zdrowotną, jeśli urodziło się im dziecko nie dostawały przynajmniej do roku 1943, taki urlop przysługiwał. Mogły wyjechać do domu na czas urodzenia dziecka. Zdarzało się, że dziecko zostawało u rodziny na terenach okupowanej przymusowa przynosiła korzyści zarówno władzom III Rzeszy, instytucjom publicznym i prywatnym najczęściej była akordowa. W jednym ze wspomnień Joanna Hytrek-Hryciuk znalazła informację, że polska robotnica w fabryce wyrobów sanitarnych przy dzisiejszej Jedności Narodowej zarabiała 39 fenigów za wykonanie jednej umywalki. Dla porównania pracownik niemiecki – 49. Robotnik w FamoWerke (późniejszy Dolmel) zarabiał już około 80 marek.– Generalnie system był taki, że „Zwangsarbeitern” kierowani do pracy przez „Arbeitsamt” po-dlegali przepisom prawa stworzonym specjalnie dla nich wyjaśnia Joanna Hytrek-Hryciuk. – I przepisów tych należało przestrzegać. Dotyczyło to zarówno robotników przymusowych, jaki i ich pracodawców. Określone były zarobki, podatki i składki ubezpieczeniowe, które musieli zapłacić. Przepisy mówiły przy tym, że robotnicy podlegają przykład nie można było ich bić i zachowywać się w stosunku do nich w sposób urągający. I, co może nas dziwić, stosunkowo często zdarzało się, że zgłaszano na policję przypadki pobicia robotników przymusowych. To się zmieniło z upływem czasu. Cały system chylił się ku upadkowi wraz z upadkiem towarzyskieNa roboty wysyłano bardzo młodych ludzi, którzy łaknęli życia towarzyskiego. Zakładali rodziny, brali śluby, rodziły im się dzieci. – We wszystkich wspomnieniach widać, że kobiety, które pracowały jako robotnice przymusowe, bardzo chciały zachować swoją kobiecość, balans między młodością, a sytuacją, w której się znalazły – opowiada Joanna Hytrek-Hryciuk. – Pojawiały się małżeństwa, choć raczej należałoby powiedzieć trwałe związki nieformalne. Prawodawstwo nie zakładało, że Polacy mogą zawrzeć ślub na robotach przymusowych. Wiele osób czekało więc z formalnym zawarciem związku małżeńskiego do zakończenia wojny. Widać, że robotnicy przymusowi próbowali stworzyć sobie namiastkę normalnego Wrocławiu o rozrywkę było o tyle trudno, że Polacy nie mogli korzystać z tramwajów. Dojeżdżając do pracy, musieli stać na platformie, która znajdowała się na zewnątrz wozu. W przeciwieństwie do jeńców francuskich, nie mogli też chodzić do kin, teatrów, na koncerty. Natomiast chętnie spotykali się we własnym gronie, szczególnie w niedziele, które do 1944 r. były dniem wolnym od pracy. Na osobowickich wałach mieli miejsce, w którym organizowali spotkania. Odbywały się one pod okiem Gestapo, ale Polacy zdawali sobie z tego sprawę i przez cały czas ktoś grał na harmonijce ustnej, zagłuszając rozmowy, tak by pilnujący ich funkcjonariusz nie mógł się zorientować, co się dzieje. Było to również miejsce, gdzie odbywał się handel i wymiana informacji. Kiedy mogli chodzili też do kościoła, najczęściej do nieistniejącego już św. Rocha na Szczepinie. Chodzili, chociaż problem stanowiła bariera językowa – msze były po łacinie, kazanie mogło być wygłoszone po niemiecku, ale absolutnie nie można było posługiwać się językiem polskim. – Kościół był dla polskich robotników przymusowych także miejscem takich trochę towarzyskich spotkań. Tam można było poznać nowych ludzi, wymienić informacje i ploteczki – opowiada Joanna Hytrek-Hryciuk. – W jednym ze wspomnień natrafiłam na informację, w jaki sposób wręczano sobie drobne dowody sympatii. Na przykład Polki odpruwały z ubrań tę charakterystyczną literę „P”, choć groził za to mandat. Mężczyźni często płacili owe mandaty za swoje towarzyszki. To był taki drobny dowód sympatii, zamiast robotnicy przymusowi handlowali, ile się dało. Ci zatrudnieni w Rzeźni Miejskiej na potęgę wynosili wyroby wędliniarskie i handlowali nimi z Francuzami. Punktem kontaktowym był dom publiczny dla robotników przymusowych znajdujący się przy ulicy Kleczkowskiej. Pod koniec 1944 r. w Niemczech pracowało ponad 7,5 miliona cywilnych. zagranicznych pracowników we wspomnieniach polskich robotników przymusowych nikt nie przyznaje się, że korzystał z usług prostytutek. Dom publiczny pojawia się wyłącznie jako miejsce, gdzie prowadzono nielegalne mieli na wymianę artykuły luksusowe z przemytu , takie jak pomarańcze czy pończochy. Handlowano także alkoholem, który był bardzo chodliwym „pieniądzem”. To pozwalało przetrwać polskim robotnikom przymusowym w Bresalu, wiadomo przecież, że racje żywnościowe na kartki były niewielkie”.Rzesza się waliZałamanie się potęgi III Rzeszy w 1943 roku zmienia sytuację robotników przymusowych.– Jest im trudniej, zaczynają się wyjazdy, miasto zaczyna się przygotowywać do ewakuacji – opowiada Joanna Hytrek-Hryciuk. – Ich praca zostaje przekierowana na przygotowania do ewakuacji. Zbijają na przykład skrzynie do wywozu różnych rzeczy. Kiedy z miasta zaczynają wyjeżdżać Niemcy, część robotników przymusowych, zwykle kobiety zatrudnione jako pomoce domowe, musi wyjechać z pracodawcami. Gros z nich pozostaje jednak w Breslau, ponieważ „Zwangsarbeitern” nie podlegają ewakuacji. Przenoszeni z miejsca na miejsce, wykorzystywani byli do najgorszych robót w mieście przygotowującym się do obrony. Niektórzy muszą budować linię obronną na przedpolach Festung Breslau, inni barykady i lotnisko na placu Grunwaldzkim, jeszcze inni opróżniali mieszkania z mebli, po to, by żołnierze mogli użyć ich jako punktów obrony. To właściwie była praca na linii frontu. – Pracowali w bardzo niebezpiecznych warunkach – mówi Joanna Hytrek-Hryciuk. – W tym momencie najważniejsze stało się zabezpiecznie bytu. Człowiekowi do życia potrzeba przede wszystkim żywnośći i bezpieczeństwa. Na bezpieczeństwo wypływu nie mieli, więc to, co próbowali zdobyć to była właśnie żywność. Jeden z byłych robotników przymusowych opowiadał, że na ulicy, gdzieś na wysokości późniejszego „Chemiteksu”, znalazł zabitego konia. Zwierzę padło przed chwilą, więc wykroił z niego tyle mięsa, ile się dało, załadował je na plecy i poszedł na piechotę do obozu w Brugweide (na terenie dawnej cukrowni Wrocław na Psim Polu). Z mięsa ściekała krew, więc kiedy tam dotarł, przerażona rodzina była przekonana, że został cięż-ko ranny. Ale przynajmniej wszyscy mieli gulasz na tydzień. Wojna się skończyłaPowojenne losy polskich robotników przymusowych w Breslau były różne. Niektórzy zostali we Wrocławiu, inni wrócili do domów. Część z nich zresztą szybko znowu pojawiła się we Wrocławiu. W latach 50. i 60. XX wieku wielu z nich spisało swoje wspomnienia. Wydawałoby się więc, że losy polskich robotników przymusowych w Breslau nie mają dla nas tajemnic.– Tak naprawdę mamy więcej pytań, niż odpowiedzi – mówi Joanna Hytrek-Hryciuk. – Problemem są źródła, dzisiaj grupa Ludzi ze znakiem P, która mogłaby coś powiedzieć, skurczyła się, często tych ludzi nikt nie chciał słuchać, kiedy jeszcze mogli coś opowiedzieć. Publicystyka, także historyczna lat 60. XX wieku jest bardzo specyficzna. Kładła przede wszystkim nacisk na polską, martyrologiczną stronę. Niezbadana pozostała fundamentalna dla współczesnych badaczy sfera, którą nazywa się historią społeczną. A więc wszystkie kwestie związane z funkcjonowaniem w rodzinie, życiem osobistym, emocjami. Na przykład mało wiemy na temat dorastania młodych kobiet, bez wsparcia rodziny, jak traktowały swoją kobiecość, jak radziły sobie w tym podwójnie trudnym dla siebie czasie. – Wiemy, że robotnicom przymusowym odbierano dzieci, niektóre zresztą oddawały je dobrowolnie, jeszcze inne dokonywały aborcji – opowiada Joanna Hytrek-Hryciuk. – W żadnych ze wspomnień Polek wywiezionych na roboty do Breslau nie ma o tym ani słowa. Czy to znaczy, że tutaj to się nie zdarzało? Trudno mi w to wiemy tego wszystkiego, co nie jest związane z wielką polityką. I propagandą, która zbudowała nam mit robotnika przymusowego, jako Polaka walczącego o polskość na tych ziemiach.– Takich pytań jest więcej – mówi Joanna Hytrek-Hryciuk. – Dlaczego w takiej masie Polaków, którzy przebywali w Breslau powstała tylko jedna organizacja konspiracyjna „Olimp”? A może były i inne, o których nie wiemy? Polonocentryczne spojrzenie nahistorię powoduje, że nie mamy wiele do powiedzenia o kontaktach francuskiego komunistycznego ruchu oporu z Polakami. A francuscy komuniści w Breslau działali dość aktywnie, na przykład na potęgę fałszowali dokumenty. Takich pytań możemy mnożyć i wierzyć, że uda nam się na nie kiedyś odpowiedzieć.
Kilka tygodni temu pisałem o problemach finansowych wystawy poświęconej losom robotników przymusowych w III Rzeszy, także polskich. Z pełnym przekonaniem przyłączyłem się do głosów wspierających inicjatywę utrzymania tej wystawy. Podobnie zareagowało wiele innych osób. Przed kilkoma dniami otrzymałem informację, że wysiłki te zakończyły się sukcesem. Ile jest jednak jeszcze takich wystaw, które czekają na wsparcie, choćby na pamięć o nich? W przyszłym roku będziemy obchodzić 75-lecie wybuchu II wojny światowej. Bardzo potrzeby jest wykaz wystaw w Niemczech związanych z tym wydarzeniem. Zapraszam do współpracy. (więcej…) Na początek krótkie wyjaśnienie. Poniższy tekst początkowo zamieściłem po niemiecku. Dedykowałem go jednemu z niemieckich przyjaciół Hansowi Golombkowi. Przed kilku dniami odebrał on w Ambasadzie RP w Berlinie odznaczenie resortowe Ministerstwa Spraw Zagranicznych \”Bene Merito\”. Odznaczenie to przyznaje się obywatelom polskim i obcokrajowcom za szczególne zasługi dla poprawy wizerunku Polski zagranicą. Na próbę niektórych czytelników zamieszczam tłumaczenie tego tekstu. Liczę, że zwłaszcza ostatnia część może być interesująca. Ciekaw jestem reakcji. (więcej…) Coraz częściej redukowanie funduszy na szeroko rozumianą kulturę tłumaczy się koniecznością zaciskania pasa w czasach kryzysu. Za każdym razem argumentem jest trudna sytuacja finansowa, potrzeba znalezienia oszczędności, by w przyszłości móc realizować jeszcze ważniejsze cele. Koniunktura na stare projekty minęła, często nie chce się o nich pamiętać, niezależnie od ich rangi i dorobku. O problemach prestiżowego Niemieckiego Instytutu Polskiego w Darmstadt pisałem już kilka razy. Niestety, petycja, pod którą podpisało się wiele znanych osób polskiego życia publicznego i naukowego nic nie przyniosła. Odpowiedź urzędnika ministerialnego przyniosła tylko rozczarowanie. Również kolejna inicjatywa służąca lepszemu poinformowaniu niemieckiego społeczeństwa o losach robotników przymusowych, także polskich, stoi pod znakiem zapytania. Sam już nie wiem, czy to jakaś czarna seria, czy raczej brak zrozumienia ze strony urzędników, po prostu ich krótkowzroczność i głupota. Jedną z form represji okupanta niemieckiego była wywózka na roboty w głąb Rzeszy lub też zmuszenie do pracy na terenie okupowanym. Polacy stanowili jedną z najliczniejszych grup wśród robotników przymusowych, zatrudniano ich głównie w rolnictwie, ale też przemyśle. Po wojnie przez dziesięciolecia daremnie starali się o uznanie ich praw do odszkodowania, adekwatnego zadośćuczynienia za wykonaną pracę. Byli robotnicy przymusowi z Europy Środkowo-Wschodniej i Wschodniej, ściślej mówiąc – ci z nich, którzy jeszcze żyli uzyskali możliwość dopiero niedawno, na przełomie XX i XXI wieku. Ze strony niemieckiej wypłatami świadczeń dla robotników przymusowych zajęła się Fundacja „Pamięć, Odpowiedzialność i Przyszłość” oraz powołane przez nią organizacje partnerskie (w Polsce była to Od lat 60. pani Delimat walczyła o finansowe odszkodowanie przed niemieckimi sądami. Niewielką kwotę otrzymała dopiero w 2003 roku). Problem pracy przymusowej i zadośćuczynienia za nią interesowały mnie w trakcie analizy niemieckich podręczników do historii. Chciałem dowiedzieć się, jak ta sprawa jest dzisiaj ukazywana i czy kwestia zabiegów o odszkodowania i uznanie cierpień tej grupy poruszana jest w szkole. W odróżnieniu od moich wcześniejszych analiz, ta przyniosła bardzo ciekawe efekty.
Gdy 2 maja 1945 Armia Czerwona wraz z oddziałami 1. Armii Wojska Polskiego zdobyła Berlin, w mieście przebywało ok. 370 tys. robotników przymusowych. Ich los przybliżają wystawa zewnętrzna i wirtualny projekt. „Berlin był w tamtym czasie dosłownie usiany barakami. (...) Całe miasto, razem z jego obrzeżami, tworzyło rozciągający się na ogromnej przestrzeni jeden wielki obóz, wciśnięty między budynki mieszkalne i biurowe, pomniki, dworce, fabryki”. Tak wspominał sytuację w stolicy nazistowskich Niemiec François Cavanna, były francuski robotnik przymusowy i późniejszy współzałożyciel satyrycznego tygodnika „Charlie Hebdo”. 2 maja 1945 r., w dniu kapitulacji Berlina, w mieście przebywa jeszcze około 370 tys. robotników przymusowych z całej Europy. Są wśród nich jeńcy wojenni, tzw. cywilni robotnicy – głównie Polacy i „Ostarbeiter” – deportowani z terenu b. ZSRR, traktowani jeszcze gorzej od i tak żyjących już w nieludzkich warunkach Polaków. Wszyscy muszą pracować do końca. „Wielu ludzi ginie w drodze do pracy, chociaż ‘praca’ jest przesadą. Powiedzmy, że jak roboty udają się do swojego miejsca pracy, o ile ono jeszcze istnieje” – fragment wspomnień b. francuskiego robotnika przymusowego Marcela Eloli, 16 kwietnia 1945. Dwie trzecie robotników przymusowych było zmuszanych do pracy w rolnictwie, pozostali w fabrykach czy przy budowie dróg „Jak mamy skończyć, jeżeli nas ciągle bombardują?” Jedną z tych, którzy mimo bombardowań codziennie muszą dotrzeć do pracy, jest Wanda Tworkiewicz, w październiku 1943 r. przywleczona do Berlina z Łodzi. Po pobycie w obozie w Brandenburgii trafia do obozu dla robotników przymusowych Berlin-Johannisthal. Pracuje w fabryce samolotów Henschel. Podczas bombardowania w Boże Narodzenie 1943 obóz zostaje doszczętnie zniszczony. Wanda Tworkiewicz, która ratuje się wybiegając z baraku przykryta tylko kocem, zostaje przeniesiona do Schoenefeld. Codziennie musi iść piechotą do pracy, w prostej linii jakieś 10 km. Fragment jej wspomnień: „Na urodziny Hitlera, 20 kwietnia, nadleciały samoloty aliantów i zrzuciły nad naszymi fabrykami ulotki. Krążył wśród nas dowcip, że na urodziny Hitlera nie zrzucają bomb, tylko ulotki. Nie wiem, co na nich było”. Kolega ze Śląska wytłumaczył jej po polsku, że „mamy teraz skończyć z pracą”. „Jak mamy skończyć, jeżeli nas ciągle bombardują?” – odpowiedziała. 23 kwietnia 1945 obóz w Schoenefeld, gdzie przebywa Wanda Tworkiewicz, zostaje wyzwolony. Zrzucane nad Berlinem ulotki są ważną częścią wojny psychologicznej prowadzonej przez aliantów. Niemieckich żołnierzy wzywają do rzucenia broni, ludność cywilną, w tym robotników przymusowych, do przerwania pracy i stawiania oporu. Naziści do ostatnich dni wojny karzą więzieniem lub śmiercią za posiadanie takiej ulotki lub przekazanie jej dalej. Oznaka identyfikująca Polaków Oryginalną taką ulotkę, zachowaną przez byłego polskiego robotnika przymusowego Józefa Przedpełskiego – we wrześniu 1944 razem z ciężarną żoną wywiezionego do Berlina z Łodzi – można zobaczyć na blogu Centrum Dokumentacji Pracy Przymusowej Berlin-Schöneweide. – Jeżeli nasi goście nie mogą dotrzeć na nasze wystawy, my docieramy z naszymi wystawami do nich – argumentują pracownicy Centrum, które jak wiele placówek muzealnych i kulturalnych w czasach koronakryzysu przeniosło swoją działalność do Internetu. Blog jest prowadzony od 1 kwietnia do końca maja w ramach projektu przygotowanego z okazji 75. rocznicy zakończenia II wojny światowej: „1945. Nazistowskie obozy pracy przymusowej w Berlinie. Koniec, ale jeszcze nie po wszystkim”. Zainteresowani znajdą tam fragmenty wspomnień byłych ofiar pracy niewolniczej, zdjęcia, listy, dokumenty. Gehenny ciąg dalszy „Rosjanie są pod Berlinem. Widzi się setki rosyjskich maszyn, walących w niemiecką artylerię. Eskadry jedna po drugiej nieustannie uderzają w zgromadzone w Berlinie niemieckie wojska, a my jesteśmy w środku tego wszystkiego i na nasze głowy spadają bomby, które zostały po niemieckich ‘panach’. (...) Krótko mówiąc, stało się jasne, że tkwimy w pułapce. Tylko odwagi, teraz naprawdę chodzi już tylko o to, by ratować własną skórę” – ze wspomnień b. włoskiego robotnika przymusowego Pietro Cavedaghiego, 18 kwietnia 1945. Wśród 14 tys. osób kierowanych w Berlinie do prac związanych z obroną przeciwlotniczą gros stanowią robotnicy przymusowi. Są zmuszani do rozbrajania bomb, usuwania ruin, wydobywania z gruzów i chowania zwłok, kopania okopów. Groby polskich i rosyjskich robotników przymusowych na cmentarzu Św. Jadwigi (St-Hedwig-Friedhof) w berlińskiej dzielnicy Lichtenberg „Przed wkroczeniem Armii Czerwonej większość ludzi została wysłana do kopania okopów i innych prac poza fabryką. Ci, którzy zostali w zakładach, demontowali, konserwowali i zatapiali lepsze maszyny w kanale” – ze wspomnień b. polskiego robotnika przymusowego Euzebiusza Wiktorskiego. Podczas usuwania ruin ludzie próbują znaleźć coś do jedzenia, przyłapani, karani są śmiercią za „plądrowanie”. W ostatnich dniach wojny nie mają nic – jedzenia, wody, ubrania, bezpiecznego dachu nad głową. Ich codzienność to strach przed bombami, przed reżimem i też niemiecką ludnością cywilną, która ze strachu przed aktami zemsty profilaktycznie morduje robotników przymusowych i już uwolnionych więźniów obozów koncentracyjnych. Wczesnym latem 1945 wielu byłych robotników przymusowych z Zachodniej i Południowej Europy może wrócić do domu, o własnych siłach albo z pomocą transportów organizowanych przez aliantów. Byli robotnicy przymusowi z krajów Europy Wschodniej, zwłaszcza z ZSRR, boją się wracać. Dla wielu powrót do domu z Niemiec oznacza podejrzenie zdrady ojczyzny i kolaboracji z nazistami, co równa się dalszemu ciągowi gehenny. Codzienność milionów ludzi W latach 1938-1945 w całych Niemczech przebywało na robotach przymusowych blisko 6,5 miliona osób cywilnych. Największą grupę, ponad 4 mln 200 tys., stanowili mieszkańcy okupowanych terenów Europy Wschodniej – Czechosłowacji, Polski, Jugosławii i ZSRR. 2 mln 155 tys. pochodziło z krajów Europy Zachodniej – Francji, Norwegii, Danii, Holandii, Belgii, Włoch, Grecji. Wystawa na wolnym powietrzu - Centrum Dokumentacji Pracy Przymusowej Berlin-Schöneweide Polacy stanowili, po robotnikach przymusowych z b. ZSRR (2 mln 165 tys.), największą grupę ofiar pracy niewolniczej (we wrześniu 1944 było to 1,7 mln). Dekrety polskie z 8 marca 1940 usankcjonowały ich dyskryminację i wyzysk. Jako pierwsi cudzoziemcy Polacy zostali zmuszeni do noszenia identyfikującej ich oznaki z literą „P”. Tylko w Berlinie istniało w latach 1939-1945 ponad tysiąc obozów dla robotników przymusowych, sto z nich w przemysłowej dzielnicy Treptow. 20 proc. robotników przemysłowych stanowiły kobiety. W latach 1939-1945 też tylko w Berlinie znajdowało się 21 tzw. podobozów i komand zewnętrznych obozów koncentracyjnych, administracyjnie podlegających KL Sachsenhausen. Od jesieni 1944/45 przebywało w Berlinie około 10 tys. więźniów KL zatrudnionych do pracy niewolniczej, głównie w przemyśle zbrojeniowym. W połowie kwietnia 1945 zostali wysłani na Marsze śmierci. „Żaden więzień nie może się dostać w ręce aliantów”, rozkazał 14 kwietnia 1945 Reichsführer-SS Heinrich Himmler. Te i inne informacje na temat pracy przymusowej, jej genezy i historii, w tym polskich robotników przymusowych, a także późnych odszkodowań dla ofiar pracy niewolniczej przekazuje wystawa na wolnym powietrzu prezentowana przez Centrum Dokumentacji Pracy Przymusowej Berlin-Schöneweide: „Praca przymusowa w Berlinie 1938-1945”. 12 tablic umieszczonych na ogrodzeniu Centrum przy Britzer Strasse jest częścią pokazywanej tam, a ze względu na koronakryzys niedostępnej dla publiczności, stałej wystawy „Codzienność i praca przymusowa 1938-1945”. Chcesz mieć stały dostęp do naszych treści? Dołącz do nas na Facebooku!
robotnicy przymusowi w niemczech lista